Reklama

Dla poszukiwaczy przygód oraz tych, którzy lubią poczuć dreszcz emocji Port Arthur to
miejsce zdecydowanie godne polecenia. Położony na malowniczym Półwyspie Tasmana, oprócz pięknej okolicy, kryje w sobie mroczne tajemnice. Jego historia sięga 1830 roku, kiedy służył jako obóz drwalski, by trzy lata później zamienić w ogromny zakład karny. Przez zaledwie 17 lat do Port Arthur zesłano ponad 1100 więźniów, którzy, wedle celu pracowników więzienia, mieli zostać poddani surowej resocjalizacji i, tym samym, zmienić się w uczciwych obywateli. Jak możemy sobie wyobrazić – więźniom nie brakowało dyscypliny i kar za przewinienia, jednak poza nimi kładziono również nacisk na edukację religijną oraz etykę. Wielu skazańców nie wytrzymywało pobytu w Port Arthur, ale byli też tacy, którzy czerpali z niego jak najwięcej, więc by nie tracić czasu – korzystali z możliwości nauki zawodu. Dostępne dla nich były, między innymi, warsztaty szewskie, stolarskie czy krawieckie. Port Arthur posiadał także własne kuźnie. Należy dodać, że wszystkie budynki tamtego okresu zostały wybudowane przez więźniów.

W 1849 roku powstała tu także izolatka dedykowana najbardziej zbuntowanym skazańcom więzienia. Pracownicy Port Arthur wprowadzili nowoczesne metody karania swoich podopiecznych – zrezygnowali z kar cielesnych na rzecz tzw. „kar psychicznych”. Więźniowie byli przetrzymywani na wiele miesięcy w ciasnych celach, pozostawieni sobie z dręczącymi ich lękami, samotni. Rozmowy były ograniczane do absolutnego minimum. Jeżeli skazaniec opuszczał izolatkę, to tylko po uprzednim założeniu specjalnej maski, a na obowiązkowych mszach był zamknięty w klatce. Miało to służyć ograniczeniu kontaktu z innymi więźniami. W 1877 roku zdecydowano o zamknięciu więzienia ze względu na brak jego wydajności.

Oprócz zakładu karnego, Port Arthur wyposażony był w lecznicę, szpital psychiatryczny
oraz hospicjum. Wielu mieszkańców tasmańskiego miasteczka cierpiało na depresję. Ideą terapii psychologicznej miał być przede wszystkim cisza i spokój. Jako że nikt w Port Arthur nie był
zwolniony od pracy, pacjenci szpitala na ogół zajmowali się ogrodnictwem.

Masakra w Port Arthur

Niedzielne popołudnie 28 kwietnia 1996 roku pozostawiło po sobie dramatyczne
wspomnienia dla Port Arthur. Tego dnia bowiem 28-letni Martin Bryant z New Town po
skończonym posiłku na tarasie kawiarni Broad Arow, wszedł do środka i niespodziewanie zaczął strzelać do znajdujących się w niej gości. Po zamordowaniu dwudziestu osób, mężczyzna spokojnie wyszedł i kontynuował swoje zbrodnicze dzieło. Około godziny czternastej dotarł do pensjonatu Seascape Cottage, i tam podpalił pojazd, którym jechał. Uprowadzonego wcześniej mężczyznę oraz właścicieli owego pensjonatu wziął jako zakładników. Od chwili wyjścia z kawiarni Boad Arow, zabił 12 osób. Ponad 200 policjantów otoczyło pensjonat. Bryant zażądał helikoptera, jednak w nocy negocjacje z nim zostały przerwane. W poniedziałek 29 kwietnia rano, wielokrotny morderca podpalił pensjonat wraz z trójką swoich zakładników, po czym, ranny, opuścił budynek i finalnie został złapany. W wyniku masakry poszkodowanych było wielu: aż 35 ofiar śmiertelnych i 23 rannych.

Co robić w Port Arthur?

Miasteczko oferuje turystom historie, od których niejednemu mrozi się krew w żyłach.
Wielu przyjezdnych decyduje się na wzięcie udziału w tzw. Ghost Tours i podążanie wraz z
przewodnikiem śladami duchów pozostających w mrocznym Port Arthur. Inni wylegują się na White Beach w Lime Bay State Reserve, a miłośnicy natury biorą udział w Three Capes track zwiedzając malownicze Cape Hauy, Cape Pillar czy Cape Raoul.

Możliwości jest wiele, ale jedno jest pewne – Port Arthur to miejsce, którego nie powinno zabraknąć w planach wycieczkowych po Australii.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz swój komentarz!
Podaj nazwę użytkownika